| Comeyah |
|
| Wpisany przez Administrator |
|
Junior oparł się plecami o futrynę i z rozkoszą, zaciągnął się aromatycznym dymem. To będzie dobry dzień – pomyślał... I rzeczywiście to był dobry dzień, był też jednak bardzo ważny i to nie tylko dla Juniora Murvina... Tego dnia Junior Murvin Smith pod czujnym okiem i niemniej czujnym uchem Lee Scratch Perry’ego nagrał na nieśmiertelnym riddimie Police and Thieves, pieśń Bad Weed, która do dziś urzeka swym pięknym brzmieniem. Stojąc przed sitkiem mikrofonu w legendarnym studio Black Ark i śpiewając żarliwie niepowtarzalnym falsetem, nie wiedział – bo i skąd, że w wiele lat później, w miejscu, o którym nawet mu się nie śniło, powstanie band, który swój pierwszy koncert zacznie od puszczenia tego właśnie nagrania w ramach dźwiękowej zapowiedzi, a pierwsze słowa tekstu piosenki, czyli zachęcające: Come yah, Come yah, Come yah... posłużą mu za nazwę. Ale zanim do tego doszło, ziemia obróciła się wiele razy i wiele rzeczy musiało się wydarzyć... Pierwsza próba odbyła się w składzie Damian, Łukasz i koza. Obecność kozy była jak najbardziej uzasadniona, chociaż na pewno nie chodziło o aksamitny głos zwierzęcia. Po prostu warsztat samochodowy, w którym na co dzień pracuje Damian i w którym spotkali się obaj panowie, był wyjątkowo niedogrzany i zgrabiałe od zimna palce z trudnością radziły sobie ze strunami gitar więc całe szczęście, że na miejscu był żelazny piecyk zwany popularnie kozą. Koza po drodze odpadła ze składu, robiąc miejsce dla Daniela, który nie tylko udostępnił salę prób z prawdziwego zdarzenia, ale również zasiadł za perkusją. Na poczet zasług Daniela należy również zaliczyć fakt, że to właśnie ten przedstawiciel świdnickiej bohemy, znał Ricky’ego – basistę, o którym słyszał, że dobrze czuje się w reggae’owych klimatach. Ściągnął go więc, żeby sprawdzić, czy to prawda. Ricky stawił się na pierwszej wspólnej próbie, zabierając ze sobą nieodłączny bas Rickenbackera. Odbył się jam, po którym basman spakował swój instrument, z przekonaniem, że nie jest to projekt w którym chciałby wziąć udział, a zapytany czy chciałby dołączyć do składu odpowiedział, używając wyświechtanego i popularnego w kręgach showbiznesowych:) zadzwonię do was... Wychodząc już, usłyszał jednak jak Łukasz z Damianem, z których opadł już stres - mimo wszystko towarzyszący temu spotkaniu na szczycie – zaczęli na pełnym luzie i zupełnym freestyle’u śpiewać, akompaniując sobie delikatnie na gitarach. Ricky mimo, że był już właściwie za progiem, zatrzymał się nagle jak rażony piorunem i zaczął strzyc uszami niczym koń, wsłuchując się w dźwięki, wydobywające się z paszcz ojców założycieli :) W chwilę później podjął decyzję, że pojawi się jednak na następnej próbie i tak Ricky objął posadę dozorcy fundamentu basowego w kapeli, która wówczas nie miała jeszcze nazwy, ale miała już podstawowy skład.Niestety na tym dobra passa na jakiś czas skończyła się. Odszedł Daniel i przez jakiś czas sporadyczne próby odbywały się bez żywego bębniarza. Na kilka miesięcy zapanował może nie totalny marazm i absolutna stagnacja – bo powstało wówczas sporo ciekawego materiału muzycznego, ale tempo rozwoju kapeli spadło do krytycznego poziomu. „Syjon”– głos, słowo, gitara „Gabriel” – głos, gitara „Ricky” - bass „Dysiu” – perkusja „Grzech” – klawisze „Luzik” – gitara Nasza historia jest wciąż nieopowiedziana do końca, ponieważ życie ciągle dopisuje do niej nowe rozdziały. Wierzymy, że nic nie dzieje się przypadkiem i nie bez przyczyny każdy z nas przeszedł dłuższą lub krótszą drogę, po to żeby spotkać się w jednym miejscu i w jednym czasie. Wiemy, że jeszcze wiele pracy przed nami, ale już teraz możemy powiedzieć: Oto jesteśmy ! ComeYah Live !! Bless Ya!!! |
| Zmieniony: Wtorek, 30 Marzec 2010 15:25 |

Było lato 1978 roku. W Trenchtown zapowiadał się kolejny pogodny dzień. Słońce zaczęło właśnie swój codzienny trud mozolnej wspinaczki po nieboskłonie, kiedy Junior Murvin otworzył oczy. Spuszczając nogi na szmaciany dywanik, usiadł na łóżku, przecierając oczy, po czym wstał niespiesznie i przeciągając się, skierował kroki w kierunku drzwi. Ziewając niemiłosiernie otworzył je szeroko, rozejrzał się po okolicy, a następnie usiadł na progu, spoglądając na budzące się właśnie do życia getto. Jego wzrok powędrował w kierunku trzech małych ptaszków, dokazujących wesoło w pyle ulicy. Uśmiechnął się i powolnym ruchem sięgnął do kieszeni, wyjmując małe zawiniątko, które rozłożył obok siebie na progu. Po kilku chwilach, dzięki precyzyjnym ruchom, sprawnych palców powstał bardzo zgrabny spliff, budzący respekt swoimi rozmiarami. Junior potarł zapałkę o futrynę drzwi i już po chwili smużka dymu uniosła się w powietrze.